Header image Hej, Hej Rybacy!
Strona byłych studentów Wydziału Rybactwa Morskiego
Gadulec - forum Rybaków i Sympatyków
      Strona główna : : Galeria : : Forum
Teraz jest Pn gru 16, 2019 1:20 pm

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 
Autor Wiadomość
PostNapisane: Wt sie 04, 2009 12:14 am 
Offline
Autor TRiS
Avatar użytkownika

Dołączył(a): N wrz 28, 2008 11:43 am
Posty: 369
Lokalizacja: Szczecin
Była to ciężka, prawie katorżnicza praca. Wiadomo - mały zespół, a pracy dużo. Gdy w sierpniu 1960 r. szłam na 2-tygodniowy urlop wypoczynkowy, załatwiono zastępstwo. Przyszła pani z jakiegoś biura projektów. Oczywiście - z mężem jako „osobą towarzyszącą”. Pani Halina czy jakoś tak. Wysoka, dobrze zbudowana, nie takie chuchro jakim ja byłam w tym czasie. W trakcie wprowadzania jej do pracy stwierdziłam, że „tu jest dużo pracy, trzeba ciężko pracować”. Oświadczyła, że ona jest „siłą fachową, wszystko umie, świetnie pisze na maszynie i dla niej taka praca - to żadna praca”. Niestety, nie spotkałam jej po powrocie... Przepracowała niecałe dziesięć dni. A ja, po piętnastu dniach nieobecności złapałam się za głowę. Z płaczem. Po prostu rozryczałam się jak małe dziecko. Boże, nic nie zrobione! Sekretariat: żaden list nie wysłany, korespondencja nie rozpieczętowana. Zaległości olbrzymie. Programy: pisane odręcznie! Musiałam przepisywać zaległe teksty, bo szef (Marian Syganiec) był bardzo skrupulatny. No, i te bieżące... istna Sodoma i Gomora. I jak tu mówić o „bardzo wysokich kwalifikacjach? - przede wszystkim trzeba je mieć! I jeszcze pracowitość.
Jakoś musiałam sobie dać radę. Nie było łatwo. Przywiozłam z urlopu chorą moją wówczas jedynaczkę,na którą dmuchałam i chuchałam. Na szczęście jako najmłodsze dziecko byłam hołubiona i moja mała dziewczynka Małgosia była oczkiem w głowie moich rodziców. Dziękuję im za to z całego serca chociaż już tego nie słyszą.
Kiedy ich spotkam w niebiańskim życiu, usłyszą to, czego nie zdążyłam im powiedzieć w doczesnym życiu. Rozczuliłam się. Już wracam do tego naszego codziennego życia.



* * *

Kończąc swoje wspomnienia o przeżytych w TV chwilach stwierdzam, że chociaż praca była bardzo stresująca i poświęcało się jej wiele czasu, nieraz kosztem rodziny, a czasem także zdrowia - to z drugiej strony była to ciekawa przygoda z raczkującą szczecińską telewizją. Nie każdy może tak powiedzieć – to właśnie my, pierwsi pracownicy Doświadczalnego Ośrodka Telewizyjnego w Szczecinie możemy chwalić się udziałem w powstawaniu telewizji na Pomorzu Zachodnim. Może mało, a może dużo, ale przecież coś pozostało po nas - zarówno po mnie, jak i innych pierwszych pracownikach. To myśmy tworzyli ten ośrodek. Ciężką pracą, dużym zaangażowaniem, a nawet ośmielam się powiedzieć, że ,,zostawiliśmy tutaj nie tylko swój czas i wkład pracy, ale też cząstkę siebie i swojego serca”.

Natomiast wspomniany, surowy dla „błądzących nieraz osób” szef kadr... Otóż po pewnym czasie, różnymi drogami, dowiedziałam się, że wspomagał finansowo ,,pijaczków”, pożyczając im pieniądze na alkohol. Dopiero po nieudanej próbie samobójczej jednego z dłużników przestał ich wspierać. Nie wiem, może ze strachu, że faktycznie któryś może pożegnać się z tym najpiękniejszym ze światów po przepiciu. Nie chciał zdradzić tajemnicy swojej dobroci. Po prostu temat pomijał milczeniem. Natomiast, jeżeli chodzi o umownie nazwaną przeze mnie Olę - nie mógł postąpić inaczej, ponieważ... Nie zdradzę, dlaczego. Dodam natomiast, że ten mały incydent najbardziej zbulwersował niektóre panie. Mnie nie. Zawsze starałam się być tolerancyjna, taka jestem dzisiaj i mam nadzieję, że taka pozostanę do końca. Kocham ludzi, zwierzęta, jednym słowem, wszystko co wokół mnie żyje.

* * *

Kilka pikantniejszych zdarzeń z „telewizyjnego kramiku”:

Bogusław Zyblewski - lubiący płeć piękną, sympatyczny, wesoły no i... przystojny pan. Chyba bardzo chciał nam, kobietom pracującym w Doświadczalnym Ośrodku Telewizyjnym przypodobać się, gdyż nie tylko komplementował panie, lecz także „konkretnie coś załatwiał”. Widząc, jak ciężko zdobyć np. ładną torebkę, bo to i pieniędzy za dużo nie było w kieszeniach, a towar też niezbyt piękny w sklepach - pewnego dnia przyniósł olbrzymią torbę.

– Zgadnijcie dziewczyny, co w niej jest? – pytał każdą z pań.

Żadna z nas nie była w stanie zgadnąć, więc radośnie otworzył przepastną torbę i oczom naszym ukazały się torebki damskie. Większe, mniejsze, średnie...

– Wybierajcie, moje drogie, za darmo wam załatwiłem – cieszył się jak małe dziecko, widząc radość piękniejszej połowy pracowników. Do dzisiaj przechowuję na pamiątkę starą, podniszczoną torebkę, w wyblakłym niebieskim kolorze. Pierwsza, ładniejsza torebka, jaką miałam, i co tu dużo ukrywać, chociaż zniszczona - jednak droga sercu. Wspomnienie lat młodości!

***

Praca w małym budyneczku przy alei Wojska Polskiego 73 miała dobre i złe strony. Do tych gorszych należały... myszy! Małe, ładne myszki, które czuły się jak u siebie w domu. Przychodząc rano do pracy najpierw trzeba było mocno pukać w podłogę, następnie w biurko, aby dopiero po paru minutach odważnie usiąść na krześle przy biurku. Gdy pewnego razu ktoś (nie pamiętam kto) położył zabitą myszkę na korytarzu - upłynęło dużo czasu, zanim zdecydowałam się wyjść ze swego pokoju. Chociaż dawno minęła już pora zakończenia pracy, wszystko było gotowe do emisji programu, ja jeszcze „pracowałam”, właściwie nic nie robiąc. W końcu odważyłam się i biegiem „przeleciałam” obok myszki, i dalej w nogi, na dół, byle prędzej! Zauważyłam, że inne panie również tak robiły, a jedna nawet spadła ze schodów, bo szła z zamkniętymi oczyma obok myszki i zamiast na pierwszy stopień, zeszła od razu na trzeci. Huk, krzyk! A gdy wróciłam zobaczyć co się stało, owa pani z błogim wyrazem twarzy była już na parterze.

***

Wybudowano wieżowiec przy ulicy Niedziałkowskiego...Ile było radochy, ile koniaczków darmowych się wypiło

***

Z późniejszych wydarzeń pamiętam kolegę redaktora (nazwę go umownie Iksem). Otóż pan Iks, będąc w stanie „lekkiej nieważkości”, zamiast iść do domu, łaził to tu, to tam, po dziesiątym i jedenastym piętrze wieżowca. Wreszcie ktoś ,,podkablował” do Dyrekcji, że ów nieszczęśnik jest „trochę niedysponowany”. Dyrekcja w osobach - nie, nie pamiętam, lub nie chcę pamiętać - bardzo chciała zająć się Iksem. Ruszono więc biegiem z Gabinetu, aby go przyłapać i wlepić Iksowi karę – od razu naganę. Wpadł do nas jeden ze „stróżów porządku”, bardzo zdenerwowany:

- Trzeba ukryć Iksa, bo będzie z nim źle.

- No dobrze, ale gdzie? Przecież Dyrekcja zaczyna biegać po pokojach. Człowiek nie szpilka, nie da się tego zrobić, aby był niewidoczny. - Nagle ogarnęło nas, trzy dziewczyny siedzące w pokoju na XI piętrze, wielkie uczucie przyjaźni do nieszczęśnika. - Ukryjemy go w towarowej windzie!

Gdy Dyrekcja przestała „szaleć”, a Iks wrócił do jakiej takiej równowagi, chyłkiem wyprowadzono go z budynku i zaprowadzono do domu. Wyprowadzić Iksa pomógł „stróż porządku” - życzliwy nam człowiek ze straży przemysłowej, która strzegła budynku. Tymczasem Dyrekcja długo nie mogła się uspokoić, wałęsała się po korytarzach, interesując się pokojami...

Kilka dni rozmawiano na ten temat, ale nikt nie puścił pary z ust. A Iks? Nazajutrz, gdy przyszedł do redakcji, udał aniołka:

- Ja? Mnie tutaj wczoraj nie było. To jakieś wierutne bzdury. Byłem cały czas w domu, z żoną i dziećmi.

***

Po paru latach pracowało nas więcej... Irena Sentkowska - Ircia, Irka, Irenka - nazywaliśmy jedną z koleżanek. Pracowała ze mną ponad dwadzieścia lat. Jest to spory szmat czasu. Poznałam ją lepiej niż przysłowiową własną kieszeń. Z gruntu rzeczy osoba o bardzo dobrym sercu. Niejednego drinka z nią i jej mężem wypiliśmy „rodzinnie”, w naszych mieszkaniach, a kawkę - codziennie, najpierw na Wojska Polskiego, a potem w wieżowcu przy ulicy Niedziałkowskiego 24. Podglądała parzenie kawy, oj, podglądała. Dziwne to było. W końcu spytałam: o co chodzi? Okazało się, że mojej słodkiej Irci nie robiła się pianka na kawie parzonej w filiżance lub szklance. Jak mówi - do tej pory wciąż nie może wyczarować tej upragnionej pianki...

Ale, mówiąc poważnie, pracowało się nam wspaniale, pomimo, co tu ukrywać, nieraz dużej różnicy zdań w sposobie patrzenia na ten świat. Ircia miała lekkie kłopoty ze słuchem, przeto nieraz coś przeinaczyła – a to na swoją korzyść, a to znów na moją. Pomimo tego spotykamy się obecnie (jako emerytki) i mile wspominamy minione czasy. Bo Irka, tak jak i ja, jest dumna, że pracowała w takiej instytucji, jaką była Telewizja Szczecin. I dzisiaj ,,dwie młode duchem starsze panie” - wracamy do naszej młodości, wspominamy kolegów, szefów, których lubiłyśmy, no i tych... których musiało się znosić. Bo szefowie się zmieniali, a my pozostałyśmy aż do chwili pójścia na „zasłużoną emeryturę”. Pamiętam dzieci Irenki... Gdy były małe... kłopoty z nimi i kłopoty z moimi dziećmi... dobre i te gorsze chwile z naszymi mężami... Przyznaję, że dziewczyna była dyskretna, prawie nikt nie wiedział, co się u nas działo, w naszych trzech pomieszczeniach. Obowiązywało przysłowie, że własne brudy pierze się w swoim domu. I chociaż zmieniały się czasy i osoby z nami pracujące, my nie pozwoliłyśmy się skłócić. Były dziewczyny i młodsze, i starsze.

Chociażby D. - z gruntu niezła osoba, jednak lubiąca intrygować. Od czasu do czasu trzeba ją było „ustawiać do kąta za szeptaną niedyskrecję”. Nie, nie do szefów, ale tu i ówdzie, zwłaszcza gdy jej się nie wiodło w danej chwili lub miała zły humor. Ale ta nasza D. nie była najgorsza... też przepracowałyśmy parę dobrych latek razem i gdyby nie odeszła z telewizji, pewnie doczekałaby się tutaj emerytury. Było jeszcze parę pań, które przewinęły się przez moje telewizyjne życie, niestety uleciały z pamięci... były, popracowały trochę... i poszły sobie.

Pracowała z nami pewna osoba - jej imienia nie będę wspominać. Jej donosicielstwo i intrygi były słynne, zwłaszcza wobec ,,krótkotrwałego szefa”, który ją za to wynagrodził podwyższoną pensją. Mnie nie satysfakcjonowałaby taka podwyżka - jednak ta osoba była szczęśliwa.

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała ładnej i zgrabnej jak marzenie Danusi Izdebskiej. Blondynka, drobna, elegancka. Sekretarka samego głównego szefa ośrodka telewizyjnego, Adama Kilnara. Była i dobrą sekretarką, i dobrą koleżanką. Miło było w sekretariacie, bo gdy wchodziło się, wzrok padał od razu na naszą Danusię. Było na co patrzeć. Co chwila nowy, elegancki ciuszek, a jako sekretarka przy biurku - pracowita jak mrówka. Często otaczał ją wianuszek wielbicieli. Gdy wychodziła z pracy - oczy wielu panów skierowane były na nią. Drobna, zawsze dobrze ubrana. Fryzurka elegancka, można rzec, że wyglądała jak... laleczka. Szef był dumny z tak pięknej sekretarki.

Ładna z niej była mama - miała też ładne dzieci i przystojnego męża, a także udane wnuki. Wszystkie byłyśmy już babciami. Nasza przyjaźń trwała także po odwołaniu naszych szefów i połączeniu nas z Polskim Radiem. Przestała istnieć Telewizja - natomiast powstało Polskie Radio i Telewizja. Następnie znów rozłączenie, i znów osobno Polskie Radio i oddzielna Telewizja Polska Szczecin.

Danusia poszła na emeryturę, ja także, a wkrótce Ircia. Jednak pozostały wspomnienia. Tworzyłyśmy zgrany zespół w Telewizji Szczecin. Tego nie da się zapomnieć. To jest szmat czasu, czasu przyjaźni i sympatii oraz serdeczności pracujących ze sobą przez bardzo długi okres osób.

Obecnie, gdy się spotykamy, najczęściej z Irenką Sentkowską, już jako ,,panie emerytki”, chętnie wracamy wspomnieniami do naszej pracy, tej sprzed lat, gdy byłyśmy bardzo młode, miałyśmy małe dzieci. I patrząc na te, w tej chwili dorosłe, będące już rodzicami (a niektóre z nich babciami i dziadkami) - jesteśmy dumne, że udało nam się wychować dzieci na porządnych ludzi.

Zawsze mówiłam, że ,,Rodzina, Rodzina nie cieszy gdy jest, lecz jeśli jej ni ma samotnyś jak pies.
- Tak śpiewali Starsi Panowie Dwaj. Tylko zastanawiam się nieraz - kiedyś rzadziej, obecnie częściej, że ta Rodzina nie jest już taką,jak moje pokolenie. Ja rozumiem,że życie nikogo nie pieści, nas to w ogóle nie pieściło, jednak szacunek dla Rodziców był, i gdyby byli nie usłyszeliby złego słowa.



Cieszymy się wspólnie z naszych wnucząt, tych dorosłych i tych mniejszych, a jednak chciałoby się wrócić do tamtych lat, naszych lat, do tej „harówy”, jak się nam wówczas wydawało. Przyjemne są wspomnienia, jednak młodości nam to nie wróci. Więc obyśmy były zawsze, zawsze młode, chociaż by w naszych wspomnieniach! Póki co - żyjmy obecną chwilą, niech nam dopisuje zdrowie i dobre samopoczucie!

Maria Czech Sobczak
/fragment książki napisanej wspólnie z Władysławem Kurusiem-Brzezińskim: ,,Pionierskie Lata Szczecińskiej Telewizji” autoryzowany przez autorów.


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 1 ] 

Strefa czasowa: UTC + 1 [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 1 gość


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz dodawać załączników

Szukaj:
Skocz do:  
 cron

Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL
Wsparcie techniczne KrudIT Usługi Informatyczne
[ Time : 0.842s | 13 Queries | GZIP : Off ]