|
Szef
Był stary. Trzymał się jeszcze dość krzepko. Zanim nie zamocowano go na stale, dwa zaciski, dwie śruby, lubił miarowo przechadzać się korytarzem. My koty, wierzyliśmy, że zawsze był starszym sierżantem sztabowym, że nigdy nie opuścił terenu Kompanii. Podobno od lat nie odezwał się w sprawach pozasłużbowych. Na posiłki nie wychodził, przynosił mu je pomocnik, w zdezelowanej menażce i równie wiekowej manierce, pamiętającej czasy świetności naszej Wielkiej Armii. Byliśmy wtedy głupimi kotami. Jego stalowo siwy wzrok, budził w nas mimowolny szacunek z odrobiną mrocznego lęku.
Stare wojsko mówiło, że był dzieckiem naszej Kompanii. Znaleziono go w wiklinowym koszyczku, podrzuconym przy stoliku podoficera dyżurnego. Tu właśnie, raczkując uczył się stawiać pierwsze, niepewne jeszcze kroczki. Ówczesny Szef kompanii, nikt go już nie pamięta, karmił go kawą zbożową z baniastego gara stojącego w umywalni. Gdy nieco już podrósł i zmężniał, zaczęto dawać mu normalne wojskowe racje. Na rozkaz zdziwaczałego dowódcy kompanii, wciągnięto go na stan pododdziału i zaadaptowano jako syna. Rósł więc w cieniu stolika dyżurnego podofa, pod czujnym okiem jakże wtedy jeszcze wyśmienitej kadry. Gdy nauczył już się dobrze chodzić, maszerował z żołnierzami na posiłki. Był dzieckiem cichym i małomównym. W siódmym roku życia, pewien wojskowy pisarz wyuczył go liter na propagandowych gazetkach, wtedy jeszcze ładnych i kolorowych. Kadra nauczyła go na pamięć regulaminów i instrukcji, co dało mu niezbędną wiedzę o życiu. Od dziewiątego roku życia miewał normalne służby, a od dwunastego warty.
Wojskowi krawcy wciąż szyli mu nowe, coraz większe mundury. Tylko buty miał zawsze te same, stara dobra robota. Wypchano je starymi rozkazami, było ich coraz mniej, a w czternastym roku życia gdy przestał rosnąć, mógł wyrzucić ostatnie cuchnące potem rozkazy i w prawo zwrot, w lewo zwrot, w tył zwrot i tak aż do osiemnastego roku życia, wtedy w ogóle przestał je zdejmować, rozkaz specjalny, wyjątek w przepisach ubiorczych, dla Syna Kompanii wszystko.
Był jako podrostek jeden jedyny raz na przepustce. Kolorowy obleśnie niejednolity tłum, kilka łyków wódki, zapijaczona perwersyjna dziwka, pierwszy i ostatni raz. Więcej nie chciał wychodzić. Został tylko pociąg do alkoholu, przynosili mu chętnie, raz na tydzień solidna porcja gorzały. Sperma nie podchodziła mu już pod oczy. Po wieczornej telewizji, gdy trwał gwar kotów sprzątających rejony, zamknięty w kancelarii onanizował się wpatrzony w ulubione wersety regulaminów. W prawo zwrot, w lewo zwrot, w tył zwrot!
Wnet pierwsza belka na pagonach, a potem druga. To właśnie wtedy przestał odzywać się w sprawach pozasłużbowych. Na co dzień milczący, potrafił być straszny jako dyżurny podoficer. Łóżka poprawić!, Wyżej pas! To jest posprzątane?! To wojsko, czy burdel?! W prawo zwrot, w lewo zwrot, w tył zwrot! Trzecia belka i dalej miarowe, porządne, jednolite regulaminowe dni. Nie cierpiał niedziel, cholera go brała, zawsze chciał wtedy służbę i tępił, tępił bałagan. Porządek musi być! Won mi z łóżek! Podłogę poprawić! Klop poprawić! No gdzie masz pas! I w tył zwrot i w prawo zwrot!
Czwarta belka. Od pełnoletniości był kapciornym, pomocnikiem szefa. Drużyny nie dalby mu dowódca kompanii, choć był to dziwak nad dziwaki. Ale cztery belki, skórzany pas, skórzane rękawice, pan obywatel plutonowy. Baczność! Jak salutujesz! Czternaście ZOMZu, pięć PPK! I tylko buty, wciąż te same, naprawdę dawna dobra robota, nie ma teraz takich butów na świecie.
Krótko po tym awansie miał miejsce dziwny wypadek. Całą starą dzielną kadrę szlag nagle trafił. Znaleziono ich rano, co jest kurwa z tym apelem, w służbowej izbie, w unoszących się jeszcze oparach dymu i bimbru. Leżeli pokotem na upstrzonej petami, stare dobre papierosy, podłodze a ich ciała rozkładały się dziwnie szybko, wydzielając lepki smród starych onuc, z lekką nutą polowej latryny upalnym latem i starej spleśniałej zbożowej kawy. On wtedy spal, odpoczywał po służbie, piżama i buty, jak on to robił, spodnie zawsze nienaganne, są cuda na tym padole.
Potem komisje, inspekcje, dochodzenia, raporty, które nic nie wyjaśniły. Dali nową kadrę, jemu sierżanta i został Szefem. Dwadzieścia trzy lata, pan obywatel Szef Kompani. Baaaszność!!! Spocznij! Baaaszność!!! I w tył zwrot i w lewo zwrot i w prawo zwrot! To właśnie wtedy jego nieco trójkątna twarz zastygła na zawsze w wyrazie kamiennej regulaminowej powagi. Czasem tylko zmarszczenie brwi i groźne błyski w stalowo sinych oczach. Co jest kurwa! Baaszność kurwa! To ma być meldunek?! Za pięć minut ma być mi tu porządek! Co?! Nowe ceraty?! Milczeć! Siedem dni ancla I w prawo zwrot, w lewo zwrot i naprzód marsz!
Po nagłym zejściu starej kadry kazał wyrzucić łóżko. Spał na siedząco, jedno oko zawsze półotwarte, z kompanii nie wychodził. Kapciorny! Bież manierkę i menażkę, przynieś mi kurwa żarcia! I w prawo zwrot i naprzód marsz! I tak dzień w dzień, dzień po dniu. Na poligony nie jeździł, syn kompanii, specjalne prawa, ciągle na miejscu, tu i teraz, zawsze.
Szczególną wagę przywiązywał do czystego korytarza. Do dziś czuję jeszcze w ustach smak trocin, którymi go czyściliśmy. Budzę się zlany lepkim potem, znów mam korytarz. Śpij jeszcze wcześnie, głos żony, spokojne cywilne życie, dyskretny urok długiej kolejki po chleb, znowu obcięli kartki, byle do żniw. Tak, ale wtedy byłem głupim kotem, zapieprzałem rejony i z zapartym tchem słuchałem opowieści starego wojska z czwartego roku służby, wciąż nadterminowi, ale stabilizacja rośnie, nowe ulgi od kwietnia, od czerwca, września, stycznia. Lubiliśmy te chwile, gdy przed piątkowym obiadem zarządzał wymianę gaci, pościeli czy ręczników. Były to chwile coraz rzadsze. Podobno w dawnych czasach wymieniano gacie co tydzień. Ale kto patrzy teraz wstecz, czasy są trudne lecz ciekawe, z tyłu są tylko prastare legendy o pasowaniu na rycerzy, plackach do kolacji, szturmach kawalerii na czołgi, falomierzach i odliczaniu dni do cywila. To dobre dla takich dziwaków jak ja. Każdy patrzy teraz w przód, będą przecież lepsze czasy, może nie zaraz, nie jutro, ale z wojska już wyszedłem, pięć lat, pan obywatel starszy kapral, rezerwa, że jedna noga krótsza to pryszcz, nie, nie mam pretensji, kwit podpisałem, puścili, jest żona, dziecko będzie kiedyś miało własne mieszkanie, jakoś leci, mogę tu siedzieć i opowiadać o naszym Szefie, dziecku i ojcu kompanii, to był żołnierz, może i sto lat w wojsku, któż to policzy, to nie jest ważne.
Ważne jest tylko to, że był tam chyba zawsze, ucieleśnienie tradycji i dawnych żołnierskich cech, że był stary, że trzymał się jeszcze dość krzepko, że zanim niw zamocowano go na stałe, dwa zaciski, dwie śruby, lubił miarowo przechadzać się korytarzem. Myślę, ze dopóki będzie istnieć nasza Wielka Armia, będzie tam zawsze, zawsze na posterunku, w tył zwrot, w lewo zwrot, po prostu tak będzie, wiem, czuję i widzę to, ze tak być musi i te stare buty, gdyby je zdjął, to taki smród onuc, świat by się skończył, słońce zaszłoby w samo południe, gwiazdy zmieniłyby miejsca zakwaterowania, tak nigdy nie będzie i zawsze, ZAWSZE, w tył zwrot, i w prawo zwrot, i w lewo zwrot, i naprzód marsz! ------------------------------------------------------------- Wrocław, marzec 1982, Gdynia 1985, Szczecin 2024.
ZOMZ- Zakaz opuszczania miejsca zakwaterowania PPK - Prace poza kolejnością. Ancel - potocznie Areszt garnizonowy
_________________ 
|